Skąd się biorą pieniądze?

Nie, to nie jest gościnny wpis finansowego ninja, ani też próba zmiany tematyki bloga. To bardzo konkretna wskazówka dlaczego pieniądze są ważne i dlaczego dzieci powinny o nich wiedzieć wszystko. Wszystko na miarę swoich możliwości.

Jeśli też wydaje Ci się, że czytasz artykuł bardziej parentingowy niż zawodowy, to też błąd. O pieniądzach bowiem powinniśmy dojrzale rozmawiać zarówno z dziećmi jak i członkami zespołu. Jak? Mam parę wskazówek.

Przecież wiadomo że pieniądze biorą się z portfela.

A portfel jest zasilany kartą lub gotówką. Przy czym karta to ten gorszy rodzaj magii, bo już nie dostaje się reszty i cała zabawa idzie w łeb. Bardzo rozczulił mnie kiedyś komentarz Starszej podczas zabawy w restauracje. Zabawa polegała na odegraniu scenki: kelnerko-kucharka oraz klientka. Ja byłam tą klientką i zostało mi przedstawione bardzo specyficzne menu (składało się ono z przypadkowo znalezionych pluszowych warzyw i owoców z Ikei). Ale ja nie o tym. Jako że Starsza jest przyzwyczajona do wychodnego jedzenia, profesjonalnie odegrała rolę przyjmującej zamówienie. Potrawy profesjonalnie przyniosła na tacy i podała na stół a potem uprzejmie zapytała czy smakowało. Jak na przemiłą klientkę przystało – ja również podziękowałam i poprosiłam o rachunek, aby dowiedzieć się ile należy zapłacić. Ku mojemu zaskoczeniu, kelnerka powiedziała: „Nie, nic, och, u nas w restauracji nie trzeba płacić. Nasza kucharka jest bogata i nie musimy brać pieniędzy od gości. U nas w restauracji wszystko za darmo!”.

Jak się domyślacie od razu zapaliła mi się czerwona żarówka! Jak to nie płacić? Jak to bogata!? Jak to za darmo? Aha! Interwencja!

Zamiast wykładu oczywiście postarałam się w dwóch zdaniach przekazać informację – krótko i na temat: Za wszystko trzeba płacić oraz Nie wolno pracować za darmo.

To wystarczy – temat będę rozwijać przy kolejnych okazjach.

Dlaczego pieniądze nie śmierdzą?

Nawet nie będę nawiązywać do rzymskiej sentencji sensu stricto (a, polećmy jednak łaciną). Wiadomo że pieniądze są po prostu konieczne, bowiem żyjemy w kapitalistycznych społeczeństwach i jak się okazuje – od wieków nie wymyślono lepszego sposobu na wymianę swoich dóbr i usług. Pieniądze nie śmierdzą – w tym rozumieniu – nie trzymajmy tego tematu pod kloszem! Nie traktujmy go jako tabu. Nie udawajmy że ich nie ma i że to „śmierdzący” temat. Dziecko nie powinno a musi wiedzieć :

  • skąd się biorą pieniądze
  • w jaki sposób możemy zostawać wynagradzani za pracę
  • niczego w życiu nie ma za darmo

Myślę, że gdyby wspomniany finansowy ninja Michał Szafrański czytał mojego bloga, byłby zadowolony z prostego motto tutaj zamieszczonego: Dzieci należy uczyć finansów od najmłodszych lat!

Tak, od najmłodszych. Tylko dzięki temu jest szansa, że same będą szanować pracę swoją i innych. Że będą rozumieć mechanizmy kierujące konsumpcyjnym życiem. To bardzo dojrzałe podejście, bardzo bardzo zwinne, pokazuje bowiem istotę samoorganizacji – świadomość finansowa wychowuje w podejmowaniu dojrzalszych decyzji. Jak to zrobić? Nic prostszego!

  1. Miejcie skarbonkę. Właściwie od najmłodszych lat, bo jak nakazuje tradycja – często maluch gromadzi kapitał w kopertach już od pierwszych dni swojego życia. Potem warto uczyć, że zarówno moneta jak i banknot ma swoją wartość i jej miejsce jest w skarbonce. Zdaję sobie sprawę, że nasze dzieci z trudem będą rozpoznawać podobizny królów na złotówkach, ale póki co – niech mają świadomość, że pieniądz nie jest tylko wirtualny.
  2. Rozmawiajmy z dziećmi o dużych finansach. Nie starajmy się zachowywać tej jakże tajemnej wiedzy tylko dla nas. Założę się, że jesteś przeciętnym Polakiem, który nienawidzi analizować swoich wydatków i przychodów oraz nie rozumie tak naprawdę zasad mikroekonomii. Nie usprawiedliwia to jednak faktu, że dziecko nie może być wciągnięte w sprawy finansowe rodziców. Oczywiście w miarę rozsądku.Kiedy braliśmy kredyt na obecne mieszkanie, musieliśmy często zabierać naszą Starszą ze sobą do wszelkich instytucji – od doradcy finansowego po bank. Każdy kto przechodził przez ogarnianie hipoteki wie, że w pewnym momencie załatwień jest od groma. Czemu przy tej okazji nie wyjaśnić po co po co tam jesteśmy, dlaczego czytamy tyle dokumentów, w jakim celu podpisujemy się na kartkach i – w końcu – dlaczego nie weźmiemy po prostu pieniędzy ze świnki skarbonki i nie kupimy mieszkania za odłożone złotówki. To doskonały moment, aby wyjaśnić różnice między ceną batonika a mieszkania, wyjaśnić co to jest bank i dlaczego pożycza pieniądze. Warto wspomnieć o pracy – dlaczego nie każda praca daje tyle samo pieniążków i czemu nie każdy może robić to samo.
  3. Pozwól oszczędzać na marzenia. Podobno dzisiejsze dzieci mają wszystko. Na pewno więcej niż my w PRL-u ale to raczej zasługa nowego ustroju a nie zasobności portfela. No dobra, mimo że pokoje dziecięce opływają w zabawki gromadzone od lat, to już marketing branży dziecięcej zadba o to, aby na następne święta/urodziny była nowa zajawka na tapecie. Pewnie moglibyśmy spełnić te marzenia albo zlecić chętnym dziadkom, ciociom, wujkom. Zatrzymaj jednak jakieś mega marzenie do osobistego spełnienia! O ile maluch jeszcze nie potrafi liczyć, osadź marzenie w jakiejś finansowej ramie. Przykład: dziecko marzy o zestawie klocków dajmy na to Star Wars. Cena na Allegro – powiedzmy ok 400 zł. Kupa kasy, ale marzenie wielkie. Zadbajmy o to, żeby nikt nie spełnił tego pragnienia, a w zamian – wytłumaczmy, że jest to bardzo droga zabawka i nie mamy tyle pieniędzy aby ot tak po prostu kupić. Ale możemy składać! Mam wrażenie, że znane nam z dzieciństwa odkładanie pieniędzy na coś obecnie odchodzi do lamusa. Zadbajmy jako rodzice oto, aby tak się nie stało.Ponieważ dziecko raczej nie doceni wartości pieniądza (te klocki mogą równie dobrze kosztować 10 zł), sami budujmy atmosferę ziemi obiecanej. Jak to zrobić? Nic prostszego. Za każdy m razem jak przy kasie w sklepie będzie nudzić o Kinder jajko, przypinajmy, że warto zamiast małej zabawki, odłożyć te pieniążki do skarbonki na Lego. W domu starajmy się „niechcący” rozmawiać o niekupowaniu np. słodyczy, bo odkładamy zaoszczędzone pieniądze na konkretny cel. Czasem jak nam w portfelu dzwonią drobne monety – ot tak jak gdyby nigdy nic – dajmy je dziecku, mówiąc: „A, zostało mi dzisiaj z zakupów parę monet, wrzuć je sobie do skarbonki, w końcu składamy na zestaw Lego”.
    Długość eksperymentu zależy od ciebie, kiedy jednak będzie zbliżać się dzień urodzin/imienin/Dzień Dziecka itd. podkręć atmosferę mówiąc, że ten konkretny zestaw jest bardzo trudno dostępny w sklepach.
    Najważniejsze – celebrujcie osiągniecie celu! Kiedy uda się uskładać odpowiednią kwotę, idealnie byłoby zabrać dziecię do sklepu aby samodzielnie dokonało transakcji! Niech poda sprzedawcy banknoty, niech odbierze resztę i paragon. Niech pierwsze weźmie do ręki wyczekaną zabawkę! Gwarantuję ci, że to będzie wielkie WOW!
  4. Stwórz swój rodzinny symbol wartości. Czasem ciężko jest wytłumaczyć, że na to czy tamto nie możemy sobie pozwolić jako rodzina. Jeśli udał się eksperyment z poprzedniego punktu, to masz gotowy miernik wartości. Wiesz dobrze, że nami wszystkimi kierują emocje. O ile rzeczywiście przyłożyliście się jako rodzina do zbierania na Lego z punkt 3, gwarantuję że radość ze składania (najpierw pieniędzy a potem klocków) była wyjątkowa! O ile marzenie było rzeczywiście odpowiednio celebrowane, długo zostanie pamiętane ile wyrzeczeń kosztowało zakupienie zabawki.Teraz czas na wykorzystanie jej jako rodzinnego symbolu wartości. Kiedy chcemy zwrócić uwagę na finanse w rodzinie, zarówno pod względem wychowawczym jak i rozrywkowym, porównujmy wartość wydatków do wartości zabawki marzeń. Oczywiście możesz naginać trochę rzeczywistość, ale w miarę rozsądku. Przykład: Chcesz zwrócić uwagę, aby dziecko gasiło za sobą światło lub niepotrzebnie nie lało wody. Obok zwykłego: „Lepiej dla przyrody i dla naszego portfela jeśli będziesz gasić światło w pokoju jesli w nim nie jesteś” dodaj: „A wiesz że mamusia i tatuś płacą na prąd tyle pieniędzy ile kosztowało pół Sokoła Millenium z Lego? Pomyśl czy nie lepiej zaoszczędzić te pieniążki i nie kupić następnego zestawu.”Uważam, że rodzinne przyjemności też powinny być osadzone w przestrzeni finansowej, w związku z tym informuj że „Bilety nad morze kosztują nas tyle ile dwa duże zestawy Lego Friends.” To naprawdę nic złego, kiedy nasze dzieci będą wiedzieć od najmłodszych lat, że nie ma niczego za darmo, że za pracę dostaje się wynagrodzenie, że każdy ma swoje obowiązki.

Jednej rzeczy nie rób – nie strasz! Nie rób tego generalnie, ale z pewnością nie strasz pieniędzmi lub ich brakiem. Wszystkie „Jak tego nie zrobisz to nie dostaniesz pieniędzy na nową zabawkę”, „Dałabym Ci 10 zł do skarbonki ale masz nieposprzątany pokój.” lub najbardziej prymitywne: „Rodzice są biedni i nie stać ich na wakacje nad morzem.”  wyrzuć ze swojego repertuaru natychmiast. To ogromny błąd, mam nadzieję, ze intuicja dobrze podpowiada i nie stosujesz takich zagrań. Przedstawiając pieniądze albo swój osobisty status materialny w negatywnym świetle, pielęgnujesz strach, żal i poczucie wstydu. Pieniądze (a raczej ich brak) nigdy nie powinny wywoływać takich emocji w dzieciach. Życie i tak wychowa nasze pociechy w kulcie posiadania, nie programuj w ich głowach tego od maleńkości. W przeciwnym razie będzie niesprawiedliwie osądzać siebie („Jestem byle kim, bo nie mamy pieniędzy na wakacje nad morzem”) albo innych („Wojtuś jest byle kim, bo jest biedny i nie jeździ na wakacje nad morze.”). Chyba rozumiesz ile szkody można wyrządzić sobie i społeczeństwu?

No dobra,  a co z moim zespołem?

Już się palę do odpowiedzi.

Pracujemy z dorosłymi ludźmi, ale jak to bywa – szczególnie w środowisku IT z zaburzoną percepcją postrzegania finansów. Zwłaszcza pracując dla dużej korporacji i zwłaszcza jeśli większa część zespołu wychowała się w czasach komuny (gdzie „wspólne” znaczyło „niczyje”). W związku z tym, osadzenie produkcji oprogramowania w kontekście biznesowym jest trudne i często pomijane przez Scrum Masterów. Skupiamy się na aspektach kultury organizacyjnej, zapominając, że nie działamy w fundacji non profit, ale w nastawionej na zysk firmie. I to pewnie generującej niemały obrót ale i koszty.

Podobnie jak z dziećmi  – nic tak nie działa na wyobraźnie jak urzeczywistnienie wartości pieniądza. Jak to ugryźć?

  • w sytuacji, kiedy zespół deweloperski przechodzi kryzys wiary w firmę. Kiedy mądry lider widzi, że zespół zaczyna marudzić, że nie podoba się polityka wydawania pieniędzy lub że w swoim rozpieszczeniu (osobom spoza IT może wydawać się to abstrakcją, ale są firmy, gdzie standardem jest masaż dla pracowników czy pokój gier) zapomnieli czym jest podstawowy obowiązek pracownika.
  • nigdy nie stosujemy tej metody w sytuacji, kiedy mamy chociaż cień wątpliwości, że może zostać opatrznie zrozumiana. Innymi słowy – to tylko dla dojrzałych i najlepiej dobrze znających się ze sobą zespołów
  • metoda: pokazujemy (a raczej uzmysławiamy) ile kosztuje sprint. Robimy to bardzo prostą metodą szacunkową na tzw. „oko”. Scrum Masterzy zwykle nie mają dostępu do danych finansowych, ale nie trzeba być CFO w korporacji żeby użyć przypuszczalnych danych. Bierzemy średnią pensję brutto programisty czy testera (w zależności od konfiguracji w zespole scrumowym), mnożymy to razy ilość osób. Przy dwutygodniowym sprincie dodajemy połowę miesięcznego czynszu budynku (można łatwo sprawdzić takie dane w zależności od miasta – wystarczy google). Dodajemy do równania pensje menadżera (jeśli jest na więcej niż jeden zespól – odpowiednio dzielimy). Do tego wrzucamy właściwy ułamek pensji np. sekretarki, dziewczyny z HR, itd. (osoby, które świadczą „serwis”). Oczywiście jeszcze pensja Scrum Mastera. Do tego jakąś przyjętą rynkową wartość sprzętu komputerowego (wystarczy wpisać model i rocznik w allegro). Żeby dodać pikanterii zalecam wpisać również parę „groszy” do kategorii „inne” a tam wrzucić kwoty za kawę, herbatę, leasingi różnych sprzętów i usług (np. ekipy sprzątającej).Gwarantuję, że wynik będzie zwalał z nóg, bo okaże się, że sprint kosztuje niemal tyle co mieszkanie w dużym polskim mieście.
  • Dyskusja! Konieczna jest dyskusja i odpowiednia facylitacja– nie pozwólmy zejść rozmowie na meandry narzekania i obrażania się na pracodawcę. To bardzo niebezpieczne, ale od nas zależy na ile możemy sobie pozwolić.

Jak się podoba dojrzałe podejście do finansów w firmie? Ryzykownie? Polecam taki kubeł zimnej wody od czasu do czasu. Właściwie jak z anegdotą – żeby była śmieszna nie należy jej za często opowiadać w tym samym gronie.

I teraz pytanie zasadnicze – co jest łatwiejsze? Mikroekonomia dla dzieci czy dla zespołu?

 

About the author

Aneta

View all posts