„Puść mu bajkę na tablecie!”

Większość szanujących się blogów i portali parentingowych porusza tę kwestię regularnie (chwała im za to!) i stanowisko jest dosyć jednoznaczne – korzystanie z elektroniki uzależnia, nie powinniśmy umożliwiać dzieciom swobodnego dostępu do tego typu dóbr.

Dołożę swoje pięć groszy do dyskusji. Zacznijmy od:

dlaczego dziecko tak bardzo chce oglądać/grać na sprzęcie ELEKTRONICZNYM?

Może część z Was przeklina w duchu ten dzień, kiedy po raz pierwszy włączyło małemu bąkowi Peppę na YouTubie albo pokazało grę-układankę pobraną za darmo z iStore’a. Teraz posiadasz mniej lub bardziej wyrośniętego przedszkolaka/szkolniaka i nie masz bladego pojęcia jak odciągnąć od ekranu swoje dziecko. Przyznaję – nie znam się na leczeniu. Jeszcze nie musiałam stosować radykalnych środków, chociaż wiem doskonale, że jeśli odpuszczę, uzależnienie będzie równią pochyłą.  Zanim przejdę do konkretnych patentów, chciałam zapytać: Co takiego dziecko ma oferowane w zamian? Wiem, wiem, nie powinno być w ogóle tego pytania, bo oglądanie to przecież „któraś-tam-z-kolei” czynność, jaką zajmuje się na co dzień dziecko.  O tym też już sporo napisano, chociażby moja ulubiona Dagmara (calareszta.pl) poruszyła temat u siebie. Przypomnę – tu nie chodzi o ograniczenie, zabranie, zamknięcie dziecka na pustelni i udawanie do dnia Pierwszej Komunii, że te wszystkie tablety, ajfony, ajpady są u innych, są dla dorosłych i to ogólnie dzieło szatana. Chodzi o to, co taki dorastający człowiek ma w zamian. Czy coś go równie mocno absorbuje, zajmuje? W komentarzach pod wspomnianym artykułem Dagmary widać jednoznacznie, że na czołówkę opinii wyłania się żal za tzw. „dawnymi czasami”. W tych dawnych czasach (a więc w latach 80 i 90) dzieci to wychodziły bez rodzica na podwórko, malowały, pisały, lepiły a w ogóle to – czytały książki!

Tymczasem mamy sobie młodego człowieka, zostawionego samemu sobie i jeśli nie zapewnimy mu odpowiedniej rozrywki, to sprzęt elektroniczny wygrywa. A nie zapewnimy, bo po pracy, zakupach, czym tam jeszcze – mamy ochotę usiąść na wersalce niczym Ferdek Kiepski i totalnie nie zwracać uwagi na Waldusia i Mariolę. A niech się wychowują sami. Czy to takie złe? Czy z nami, w tych magicznych latach 80 i 90 ktoś się bawił z dorosłych? Czy to raczej epizody, niedziele, albo sytuacje ekstremalne (u nas np czasem nie było prądu i wtedy były rozgrywki w państwa-miasta i wspólne rozwiązywanie krzyżówek). Nie wydaje mi się, żeby wchodzenie dorosłego w sferę dziecięcych zabaw było do końca pożądanym wzorcem.

Co innego zapewnienie rozrywki na poziomie rówieśników. O to jak najbardziej powinni zadbać rodzice. Mogą zadbać dosyć dosłownie, starając się po prostu o rodzeństwo dla syna/córki, najlepiej w zbliżonym wieku. Można żyć w wielorodzinnym mieszkaniu, stworzyć komunę – ale ten model jest dosyć niepopularny w Polsce. Dzieci uczęszczające do przedszkola mają zapewniony dostęp do rówieśników przez większą część dnia, a chodzące do szkoły – wręcz obowiązek uspołeczniania się. Co zatem z popołudniami wolnymi od zajęć albo wyjść? Kolejny zestaw klocków Lego (akurat u mnie to by się sprawdziło)? Kolejne auto? Poniak? Figurka postaci z League of Justice? O ile nie mieszkasz na odludziu zupełnym, na pewno w pobliżu są jakieś dzieci. Osiedle nieciekawe? Brak rodzin z dziećmi? Brak domów? Brutalna prawda jest taka, że tutaj okazuje się, jak bardzo musimy się poświęcić i czasem z czegoś zrezygnować. Podzielę się swoim własnym doświadczeniem. Otóż, kiedy zdecydowaliśmy się na zmianę mieszkania, jednym z CZOŁOWYCH argumentów za szukaniem czegoś na tym samym osiedlu był fakt, że mamy tu swoją sąsiedzką komunę. Dzięki tym decyzjom, póki co młode mają inne młode i swobodnie przemieszczają się między klatkami i blokami (mam nadzieję, że już wkrótce samodzielnie) i robią ten rozpierdziel po swoich pokojach, na podwórkach, a w tym czasie styrane matki i ojcowie mogą spokojnie napić się wspólnie kawy ugotować obiad. Jak już wynudzą bajkę, to oglądają z uwagą i komentarzem, no i oczywiście z pełną świadomością, że jak się skończy to wyłączamy ustrojstwo.

dlaczego nie mogę? bo nie!

Och, polecam post o celach. Nie bo nie, to najgorsza z możliwych odpowiedzi – zarówno dla dzieci jak i dla dorosłego. Jeśli w pracy w ramach zaćmienia umysłowego użyłabym takiego argumentu – spokojnie mogę pakować swoje manatki, bo to byłaby porażka liderska i chyba sama bym złożyła rezygnację za brak kompetencji.

Rodzice jednak mają o wiele więcej cierpliwości i wiedzą, że tego typu zagranie ma nóżki krótkie jak stonoga. Co zatem z tym nieszczęsnym tabletem? Pisałam już o mocy rozmowy jeden na jeden z dzieckiem. Podczas jednej z takich rozmów z pewnością pojawią się historie poznane z bajek czy filmów. To idealny wstęp do zagadnień związanych z tematami tabletowymi, albo z trudnym słowem „uzależnienia”. W ogóle to odkryłam już jakiś czas temu, że my-dorośli mam tendencję do omijania słów, które są zbyt abstrakcyjne lub zwyczajnie – za długie. Czy takim słowem jest „uzależnienie”? Tymczasem odkryłam, że nie jest to wcale trudne słowo! Może trudne do wymówienia ale do wyjaśnienia – sama poezja! I tak, warto zainwestować w poznanie tego pojęcia, bo na bank twój młody będzie w życiu od czegoś uzależniony, lepiej niech po ludzku od ciebie usłyszy czym objawia się takie zachowanie. Mówiąc wprost – może warto powiedzieć: „Chciałabym żebyś nie oglądał tak długo bajki, bo to bardzo uzależnia. Będziesz miał czerwone oczy i będzie Cię boleć głowa. Nie będzie Ci się chciało bawić”. Na co dzień warto przytaczać od czego my ludzie najczęściej się uzależniamy i że dotyczy to zarówno dorosłych jak i dzieci. Ja eksperymentowałam z przykładami – i o dziwo nie zawiodłam się. Każdy z nas ma do czegoś słabość i nie ma sensu udawać, że dorośli to tacy nieskazitelni.

co jest twoim ulubionym zajęciem rodzicu?

Moim siedzenie na telefonie. Przeglądanie Instagrama, oglądanie pięknych zdjęć na Pintereście. Wyszukiwanie informacji w internecie i kończenie rozdziału książki na aplikacji Kindle (bo Kindle jako urządzenie to pewna celebracja i „zasiadanie” z lekturą, na telefonie tylko je „doczytuję”). Oczywiście sprawdzanie i pisanie maili, wiadomości na komunikatorach i inne „niecierpiące-zwłoki-rzeczy” związane z kontaktowaniem się, ogarnianiem świata i pracy. Toteż raczej byłabym największą hipokrytką świata, gdybym sugerowała swojej córce zainteresowanie się szydełkowaniem, introligatorstwem albo od biedy układaniem rzeczy w szafkach i szafach. Kaman, nie ściemniaj swojemu dziecku, jeśli wolisz obejrzeć czyjeś instastory zamiast mycia wanny.

Żeby była jasność – obowiązki obowiązkami, ba! To szorowanie wanny nawet potrafi być dla mnie formą relaksu, kiedy rzeczywiście, cały dzień spędziłam przed monitorami różnej wielkości ze względu na rozmaite zobowiązania. Chodzi mi raczej o rozszerzenie starej zasady – dziecko wynosi wzorce z domu. Jeśli nie widzi Cię z książką (nieważne czy papierową czy elektroniczną), tradycyjną prasą, nie widzi że można mieć analogowe hobby (rysowanie? malowanie? ozdabianie? majsterkowanie?) to dlaczego miałoby nie sięgać po najmniej wymagający czasozapychacz, jakim jest bajka na tablecie/komputerze/telefonie? Możemy mieć pretensje do siebie, albo do tego złego świata, że kazał nam czytać blogi w necie (sic!) zamiast Dostojewskiego w oryginale.

Lepiej być szczerym i tłumaczyć, tłumaczyć, tłumaczyć do znudzenia. Świat nie jest doskonały, a już na pewno nie świat dorosłych.

Informatyk i inżynier to z mlekiem matki wiedzę wyssali.

Albo z oranżady, bo to lata 80-90 były. Przecież każda pracująca w firmach technologicznych osoba, to po prostu obudziła się któregoś dnia i posiadłszy przez sen wiedzę teoretyczną, zasiadła do komputera w bogatej firmie, gdzie zarabia XX k złotych i kupuje za gotówkę mieszkania w centrum miasta. No cholerka. Tak się składa, że większość znanych mi DOBRYCH programistów, to osoby, które za dzieciaka wydawały kasę na kasety z grami do Commodore64, które tłukły w tego Quake’a nocami, które potem dorabiały oferując rozmaite usługi około informatyczne, byle mieć na nowszy procesor, bo na starym gra już nie chodzi. Znam masę takich osób. Oczywiście NIE WSZYSCY teraz zarabiają na życie kodując, jak i nie wszyscy techniczni byli zapalonymi graczami za młodu. Jestem jednak pewna, że gdyby nie pierwsze kroki w wirtualnym świecie, nigdy w życiu nie zajęłabym się technicznym aspektem procesów, wśród których pracuję jako Scrum Master. Nie jestem inżynierem (to z kolei temat dla innej historii), ale jestem pewna jak mało czego, że zapał do wysłuchiwania problemów natury technicznej i wyzwań, jakie spotykane są przy produkcji oprogramowania czy sprzętu wziął się z tych pierwszych kroków stawianych za pomocą komputera o 8-bitowym procesorze.

Czy zatem to tak bardzo źle, że rodzice pozwolili mnie i mojemu bratu zainwestować komunijne (głownie moje, cholerka!) pieniądze w pierwszy komputer do grania? Dzieciństwo zwykle każdy wspomina z sentymentem, ale ja muszę uczciwie stwierdzić, że póki nie przekraczamy granicy, robimy jako rodzice to co najlepsze. I nigdy nie wiadomo kiedy to zaowocuje.

Tutaj post się kończy. Możesz odłożyć telefon i pójść umyć prysznic, a dziecku pokazać jak szybciej zapisać subskrypcję kana,lu na YouTube 🙂

About the author

Aneta

View all posts