Mamo, wracasz do pracy? Może zwinnie zmień zawód?

Tak się składa, że wiem jak to jest być po stronie pobierającego zasiłek ZUS. Dla pracoholików i pracofanatyków to trochę jak przełączenie się na ciemną stronę mocy. Jakkolwiek w tę instytucję nikt o zdrowych zmysłach nie wierzy, tak świadomość, że „ciągnie się” kasę bez codziennego zasuwania dla firmy (nie ważne swojej czy czyjejś) jest passé.

Dlaczego? Bo przekonani do ciągłego naparzania nie akceptujemy tezy, że praca opiekunki dziecka to ciężkie i odpowiedzialne zajęcie. Mamy pralki, zmywarki i termomiksy. Mamy smartfony i smarttelewiory oraz czytniki książek. Nie bądźmy hipokrytami – życie rodzica na urlopie jest dużo prostsze niż pokolenie temu a nawet to sprzed dziesięciu lat. Ja zauważam znaczną różnicę nawet w przedziale pięciu lat. Muszę przyznać, że jednym z większych technologicznych progresów dla mnie osobiście, jest fakt, że na drugim macierzyńskim mam do dyspozycji kindla. Nie trzeba stopą przekładać stron w książce oraz można czytać podczas karmienia (co dla mamy noworodka bywa wiecznością). Można po ciemku kiedy współlokatorzy pokoju i łóżka i nawet w pełnym słońcu prowadząc wózek.

Jak bardzo nie byłoby fajnie i prosto, to wychowanie i pielęgnacja dziecka jest najtrudniejszym zajęciem świata. Mówię to ja – a uwierzcie mi, że w swoim życiu zarobkowałam w bardzo różny sposób i nigdy żadnej pracy się nie bałam. Niestety jest jedno „ale”. Poza ZUS-em (czyli podatnikami), nikt za tę pracę nie płaci. A żeby mieć na te wszystkie gadżety z instagrama, musimy mieć jakieś źródło dochodu.

Idealnie jak praca – ta pozostawiona na rzecz narodzin i opieki nad dzieciątkiem – przynosi nam satysfakcję i jest odpowiednio płatna.

Gorzej, jak jej nie lubimy a do tego bardzo słabo płacą. Najgorzej – jak do tych czynników dochodzą katastrofalnie złe warunki i relacje z pracodawcą – umowa śmieciowa lub jej brak, nie przestrzeganie regulaminu i wykorzystywanie naszej nadgorliwości i braku asertywności.

Pieniądze to nie jest motywacja. Nigdy.

No błagam. Kto nie chce mieć więcej kasy. Nie uwierzę w hipokryzję polegającą na tym, że pieniądze są zbędne kiedy jest przyjaźń i miłość i szczęśliwa rodzina. Jasne że tak. Jasne że fajniej jest mieć przyjaciół, miłość i rodzinę wraz z pieniędzmi na poziomie, który pozwala nam rozwijać wszystkie emocje.

To nie tak, że pieniądze są nieważne. Że niby co mamy jeść? A gdzie mieszkać? A może szukać tzw. „bogatego męża” lub „ustawionej żony”? Ale oczywiście muszą mieć z czego zapłacić NASZE rachunki.

Pieniądze NIE SĄ motywacją, jeśli jesteśmy dla nich robić rzeczy, do których nie mamy pasji. A tego typu zachowania bardzo często możemy zaobserwować chcąc dostać pracę w konkretnej branży. Tudzież idąc na studia, do których nie mamy serca, ale „podobno” po nich jest z górki. Starając się dobrnąć do jakiegoś tam szczebelka w korpo – bo nie ma innej drogi do zarabiania więcej.

A teraz zachęcam do zwinnej zmiany pracy po macierzyńskim. Absurd. Namawiam do zaczynania od zera? Być może. A być może wcale nie? Jako zwinny rodzic masz więcej kompetencji do konkretnych zawodów niż niejeden wykwalifikowany manager z dużej firmy.

Jak to zrobić?

Ja zawsze odpowiadam, że do zmiany pracy (zwłaszcza tej o 180 stopni) potrzebujemy wzoru:

szansa + wytrwałość + czas = nowy zawód
 

szansa

Nazwałabym to „szczęśliwym zbiegiem okoliczności”. To moment, który łatwo przeoczyć, albo zbagatelizować (zwłaszcza pod wpływem tzw. „doradców”). Czym jest szansa?

Szansa bywa jakąś dziwną iskrą w głowie, która nam przefrunie niepostrzeżenie pod prysznicem. To ta myśl, która pojawia się czasem sama, a czasem pod wpływem oglądanego filmu, czytanego tekstu, rozmowy z kimś dobrze znanym, lub zupełnie obcym. Od nas zależy co z nią zrobimy – czy będziemy pielęgnować i drążyć temat czy zakopiemy ją i pozwolimy zgasnąć. 

Zastanów się, czy pomysł o pójściu na kurs, o zainteresowaniu się jakąś specyficzną branżą, czy nieśmiałe przyznanie się przed samym sobą do posiadanego talentu – nie jest tą właśnie szansą.

Szansa to też coś co nas uderza wprost i dosyć dosłownie, nagle. To telefon od dawnego znajomego, który szuka wspólnika. To koleżanka, która proponuje pracę u siebie w oddziale. To wiadomość na jakiejś grupie, że rekrutują tu czy tam. To czasem oferta współpracy na drugim końcu miasta ale za to w znanym środowisku. To telefon od rekrutera, którego się nie spodziewamy i z góry odrzucamy, bo nie to miasto, nie ten poziom, nie ta branża.

W każdym z tych przypadków – NIKT nie pomoże nam podjąć decyzji czy w ogóle dać szansę szansie. Nie, nie zrobi tego za ciebie najbardziej wspierający mąż czy żona. Rodzina raczej będzie stawiać kłody pod nogi, bo szansa to często wyjście ze strefy komfortu. Tylko od ciebie zależy co z nią zrobisz, nawet jeśli to będzie „tylko” sprawdzenie ewentualnych opcji, rozpisanie „za” i „przeciw”. Tylko od ciebie. Od ciebie. Tak, od ciebie!

Wytrwałość

Kiedy już, damy szansę szansie, pora na pracę. Nie jestem zwolenniczką tzw. natchnienia. To znaczy w przenośni może tak. Poprawa okoliczności przyrody zapewne sprzyja tzw. „flow”. Ale nie wierzę, że rzeczy powstają tylko wtedy kiedy „ma się dzień”. Kiedy ma się dzień (a więc – w moim przypadku – jest się wyspanym, bez wielu drobnych spraw na głowie, z uporządkowanym kalendarzem, relacjami i .. kubkiem kawy) to wszystko idzie łatwiej. Czy będzie to pisanie postu na bloga, czy załatwianie tych wszystkich księgowo – operacyjnych spraw, czy gotowanie wegańskiego obiadu. Kiedy „mam dzień” milej mi się czyta książki i rozmawia z dziećmi (że o mężu nie wspomnę:) ).

Nie ma jednak większej bzdury niż ta, że jakikolwiek sukces osiąga się bez wytrwałości. I nie mam też na myśli kariery na miarę Roberta Lewandowskiego (chociaż ktoś mi kiedyś mówił, że pan Robert uważa, że tylko 10% to talent, reszta to jego ciężka praca). Sukces to też nie jest bycie wielkim sportowcem, muzykiem czy biznesmenem. To może być kolejny dzień bez papierosa, kolejny bez depresji czy kolejny z pozytywnym nastawieniem do pracy. 

Zatem chcąc zmienić zawód – musimy być wytrwali w pielęgnowaniu i rozwijaniu danej nam szansy. Czym to będzie w naszym świecie? Przede wszystkim – regularne i wartościowe „bycie na czasie”. Co to oznacza? Głównie poszerzanie wiedzy z tematyki, w której chcemy się rozwijać. Nawet jeśli pierwszy składnik równania jest łaskawszy niż zakładaliśmy (np. ktoś zaoferował nam pracę w zupełnie nowym dla nas zawodzie lub branży) to nie zwalnia nas to od odpowiedzialności za poszerzanie swojej znajomości tematu. I nie dlatego, żeby nie było wstydu przed znajomym, albo żeby nas za szybko z pracy nie wyrzucili.  Raczej dlatego, aby każdego dnia chodzić z uśmiechem „do roboty” i nie zakładać, że to szkoła, która podaje nam wystarczający materiał do zaliczenia klasówki.

Nowa szansa otwiera studnię, w której ćwiczymy wytrwałość każdego dnia. Tylko w ten sposób sprzyjamy swojemu szczęściu i stajemy się coraz to większymi ekspertami w nowej dziedzinie. Na tym etapie mamy szansę poznać naszą prawdziwą motywację do zmiany pracy. Bo jeśli nie widzimy szans na wytrwałość, co coś poszło nie tak z decyzjami o skorzystaniu z danej nam możliwości. A to droga do szybkiego wypalenia, frustracji i bycia najgorszą wersją samego siebie.

czas

Nikt z nas nie ma wystarczająco dużo tego zasobu. „Nudzi mi się” właściwie słyszę tylko od swoje starszej córki, kiedy chce na litość wynegocjować tabletominuty. Potrafię ją szybko sprowadzić na ziemię, ale w życiu dorosłych już dużo trudniej zarządzać czasem.

Nie jest tajemnicą, że każdy z nas ma dokładnie 24 godziny w ciągu doby i to jak je wykorzystamy zależy od nas. Nikt nie karze zasuwać. Och, wręcz przeciwnie. Jak wspomniałam wyżej – ja bez wyspania i kawy wszystko robię 2x wolniej i 2x nieefektywnej. Jest tylko jedno małe „ale”.

Bez poświęcenia czasu, marna szansa że naprawdę zmienicie zawód. Młodzi rodzice mają tym szczególnie trudniej, że właściwie niczego nie mogą zaplanować „na pewno”. Zarządzanie czasem to nie moja branża,  może dlatego treści przekazywane przez chociażby Panią Swojego Czasu są mi bliskie sercu. Uwierzcie mi – wiem jak ciężko jest pogodzić opiekę nad dzieckiem z jednoczesnym rozwijaniem biznesu, hobby czy pracowaniu u kogoś na etacie. Logistyka aktywnego zawodowo rodzica bywa wielkim wyczynem. A gdzie tu czas na rozwój?

Będzie brutalnie – musi się znaleźć ten czas. Jak? To już banalnie proste – zabrać coś innego z codziennych priorytetów, poszukać dziur i wykorzystać otaczającą nam czasoprzestrzeń.

Załóżmy, że do rozwoju w nowej dziedzinie, potrzebujemy sporo czytać, słuchać, albo robić zadania (np. graficzne, programistyczne, projektowe) na komputerze. Czytanie i słuchanie można łatwo połączyć w jedno – w zależności od okoliczności. Można słuchać audiobooków, podcastów branżowych w słuchawkach – idąc/jadąc do pracy. Można to robić sprzątając łazienkę, gotując obiad. Praca nad komputerem? Trzeba zrezygnować z gotowania skomplikowanego obiadu, albo przejść na mrożenie jedzenia. Można zrezygnować z codziennego sprzątania. Niestety – i to będzie bolało – często trzeba na tym etapie zrezygnować z przyjemności. 

To tak jak w przypadku dyscypliny – jeśli wydaje nam się, ze nie mamy czasu na przeczytanie 10 stron książki albo przerobieniu jednego prostego tutoriala dziennie – to albo jesteśmy tytanami pracy albo… mistrzami prokrastynacji. Prawda jest taka, że oglądanie serialu, filmu, przeglądanie kotów w internecie i sukienek na instagramie – to wszystko są rzeczy, na które nie możemy sobie pozwolić. Przynajmniej nie teraz.

Czasem jest tak, że mimo wyśrubowanego planu dnia – ciągle nie znajdujemy chwili na rozwój zawodowy. Skąd więc ten zasób wziąć? W tym wypadku – też brutalna prawda – trzeba poprosić o pomoc lub ją sobie zorganizować. Trudno mają szczególnie samotni rodzice, ale też się da. Moja rodzina bardzo długo funkcjonowała w ten sposób, że Stary był w ciągłej delegacji. Jak zatem miałam znaleźć czas chociażby na wieczorne meetupy? Musiałam zorganizować przestrzeń, która mi w tym pomoże. I mówiąc przestrzeń mam na myśli: przyjaciół, znajomych, sąsiadów, rodzinę. To chwilami była cyrkowa żonglerka, bo pamiętajcie, że każdy ma swoje życie i pełne prawo do zarządzania swoim czasem w należyty sposób. Niejako „kupiłam” sobie czas na rozwój walutą, którą mogę nazwać „networking”. W moim przypadku rzeczywiście net working – ciągle powtarzam, że mam najlepsze otoczenie w okół siebie na świecie <3

Podsumowując ostatni składnik równania: nie oszukasz czasu. Musisz go poświecić, chociaż słowu „poświęcenie” nie jest najlepszym rzeczownikiem, powinno być – inwestycja. Chodzi mi o to, że czas – zwłaszcza dla rodzica małych dzieci – jest dobrem deficytowym. Ale bez zaplanowania odpowiedniej ilości na prace rozwojowe, nie ma szans aby pójść krok dalej w stronę zmiany zawodu i doskonaleniu się.

Do roboty!

Zachęcam do przemyśleń na ten temat. A może ciekawi jesteście jak to zrobić, aby pomóc każdemu z elementów tego przepisu? I jak ja to zrobiłam i będę robić. Bo to nie ostanie przekwalifikowanie jakiego dokonałam w życiu, tego jestem pewna. Świat XXI wieku nie pozwala na zawodową nudę i stagnację.

About the author

Aneta

View all posts