Jeden na jeden – rozmowa czy katorga?

Kiedyś bardzo nie lubiłam rozmów w cztery oczy. Zwłaszcza w pracy. Bo jeśli mam ochotę pogadać a nawet i zwierzyć się, to od tego są najbliżsi przyjaciele, chłopak, mąż, rodzic. W pracy zajmijmy się pracą. Skąd to przekonanie? Ano stąd, że znowu doskwierają nam odziedziczone po PRL-u przekonanie, że jak ktoś chce z Tobą w pracy spotkać się w cztery oczy, to z pewnością jest to tzw „dywanik” lub w najlepszym wypadku oświadczenie że „dobre to już było, teraz przychodzą gorsze czasy”.  Jakoś dziwnie przemyciliśmy przekonanie że spotkania 1 on 1 to trudna sprawa i zawsze trzeba szukać ukrytego komunikatu.

Nie chciałabym pisać o spotkaniach jeden na jeden w kontekście dobrych rad – jak będę mieć zebrane wszystkie przemyślenia na ten temat, z pewnością się nimi podzielę. Chciałam na pewno napisać jaką potęgę mają dobrze przeprowadzone 1:1 i dlaczego zrozumiałam ich moc dopiero na kanwie domowych doświadczeń.

Nuda, nuda, nuda

Ja sama nigdy specjalnie nie byłam fanką tego typu spotkań, Zarówno jako zapraszający jak i zapraszany. Jako pracownik, niestety nie miałam dobrych doświadczeń z tego typu spotkaniami i mogę je śmiało podzielić na:
1) te związane z szeroko pojętą karierą w danej firmie – a więc  zarówno rozmowy o pracę, rozmowy o awansie i rezygnacje
2) wszelkiego rodzaju „trudne sprawy” – czyli w zależności od pełnionej roli w firmie – dyskusje o problemach, nowych sytuacjach, zastosowaniu środków naprawczych w istniejącej sytuacji.

Jako osoba przeprowadzająca 1on1 także początkowo nie miałam dobrego nastawienia. Niezależnie od relacji między mną a drugą osobą, zawsze bardzo się stresowałam przed takim spotkaniem, a zawłaszcza kiedy miałam do poruszenia niełatwe tematy. Niełatwe – nie znaczy dotyczące przekazania złych informacji. Niełatwe – bo często ocierające się o wiedzę z życia prywatnego, która zawsze wpływa na opinie.

Doszło do tego, że powoli przestałam wierzyć w sens takich spotkań. Obie strony stają w trudnej sytuacji, a do tego nie da się ukryć, że tę godzinę, 30 minut można poświęcić na coś produktywnego. Trochę stałam się sama ofiarą czegoś, co powinno być moim największym orężem. Nawet po przerobieniu kilku wątków w znanych mi książkach do zarządzania i coachingu oraz przeszperaniu internetów w celu znalezienia informacji od mądrzejszych głów – nie znalazłam jedynego wskaźnika sukcesu 1:1 lub jego istoty, w którą wierząc, przekazałabym drugiej osobie.

Bo czy nie jest tak  i w waszych organizacjach? Spotkań 1on1 z wielką przyjemnością się unika. Często można dostrzec wśród młodych lub słabych menażerów, że to dla nich pójście na rutynowe spotkanie, po którym są zmęczeni bardziej niż po wielogodzinnej sesji omawiania strategii firmy czy produktu. Oni także nie wierzą, ale wiedzą że muszą, że tak powinno się robić, albo (najgorzej) że im kazano lub zalecono. Bo po co spotykać się według planu, jeśli można zagadać w razie potrzeby lub kiedy FAKTYCZNIE będzie problem. Prawda jest taka, że kiedy musimy się spotkać by porozmawiać o trudnych sprawach, to już znak, że nie rozmawialiśmy wcześniej.

Prozo życia, pomagaj!

Cóż zatem stało się dla mnie oświeceniem? Najbardziej podstawowy element wychowania – rozmowa. Tak samo jak w pracy, potrzebujemy do tego czasu. Dedykowanego czasu – nie podczas codziennego biegu. Łatwo się mówi, wiem – lecimy rano ze śniadaniem i innymi, potem praca, odstawiania dzieci i powroty – znowu w biegu. Wieczorem jakiś wspólny czas, ale też pozrywany zabawą na podwórku, ogarnianiem domu, w końcu – pójściem spać. Wiele mądrych podręczników o wychowaniu mówi, że to jest ten moment na wyciszenie się i skupieniu na drugiej osobie. Bardzo słusznie – sama staram się  praktykować w ten sposób rozmowę z dzieckiem i (uwaga!) pytanie go o rady dla mnie.

Nie jest tu jednak nic odkrywczego. Odkrywcze dla mnie był moment, kiedy tak naprawdę odkryłam potęgę spotkań jeden na jeden w dedykowanym czasie, niezależnie od okoliczności i nastroju oraz tematów do poruszenia.
Było to tak – w pewnym momencie życia moja Starsza zmieniła placówki – ze żłobka na przedszkole, zbiegło się to ze zmianą prac przeze mnie (a więc i lokalizacji) oraz różnym porom pracy męża. Tak czy inaczej – w pewnym okresie nie spędzałam ze Starszą minimum 30 min w samochodzie w popołudniowym korku. Zmiany przyszły powoli i śmiem twierdzić, że z wielką korzyścią dla naszej rodziny (helloł, kto by nie dostrzegł zalet z faktu, że nie spędza się pół godziny w samochodzie przemieszczając się 10km/h ??). W czym rzecz? Ano w tym, że po jakimś czasie zauważyliśmy wszyscy, że Starsza jest dużo bardziej nerwowa, płaczliwa, roztrzepana. Często płakała rano przed przedszkolem, mimo, ze pani byłą najukochańsza i przedszkole znała bardzo dobrze. Nie było wieczornych szaleństw, tylko szybkie uciekanie pod kołderkę. Co się stało  z moim szalonym dzieckiem? Do głowy przychodziły mi różne pomysły – również takie, że to może jakiś rodzaj dziecięcej depresji. Wiem co powiecie – „Nie przesadzaj – to tylko zwykły skok rozwojowy lub bunt 3 latka”.

Tak naprawdę to mogło być wszystko co powyżej. Jedno jest pewne – i tu przyszedł moment zapalenia żaróweczki nad głową – Zaprzestałyśmy nawyku codziennego spotkania 1:1!  Eureka! Panie i Panowie – oświeciło mnie, że moje dziecko spędzało ze swoją matką codziennie dedykowany czas, niezależnie od okoliczności, o stałej i przewidywalnej porze. Bez przeszkadzajek z zewnątrz (korek był przewidywalny oraz nie odbierałam telefonu i nigdzie nie dzwoniłam – haha, nie miałam zestawu głośnomówiącego:)) A kim jest matka dla dziecka w wieku przedszkolnym? Raczej nie jedynie żywicielką i taksówkarzem. Jest mentorem, nauczycielem, guru we wszystkich sprawach i pewnego rodzaju szefem.  W tym pięknym okresie rodzic stety i niestety jest autorytetem absolutnym (nie mylić z posłuszeństwem autorytetowi 🙂 i tylko do nas nas zależy jak wykorzystamy wychowawczo tę moc.

A tutaj nagle urywamy szkolenie, przerywamy rutynę. Może myślicie, że ten nasze codziennie „łanonłany” to tylko takie mądre rozmowy o tym co w przedszkolu i opowiadanie o kosmosie? Nie, nie – to też dni, kiedy nie chciało się gadać, kiedy obie strony zachowywały pozory normalności albo – kiedy konieczne było poruszenie trudnych tematów. Nie tylko tych dotyczących złego zachowania w przedszkolu, ale również tego, że niestety nie zdążymy dziś na plac zabaw, że ktoś do nas nie przyjdzie albo że idziemy w jakieś niezbyt lubiane miejsce. To są właśnie te sprawy, które wynikają z naszej codzienności, a które trzeba poruszyć, albo raczej zakomunikować i WSPÓLNIE zdecydować co może nam pomóc w danej sytuacji.

Kiedy odniosłam to odkrycie na kanwę spotkań w pracy, miałam bardzo fajny argument, który zbieram do mojego osobistego zestawu dobrych rad spotkań w pracy. Odkryłam, jakie rozmowy jeden na jeden chciałabym przeprowadzać i jakie chciałabym, żeby ze mną przeprowadzano.  W tym przypadku złoto tkwi w regularności rozmowy, niezależnie od okoliczności i tematów. Nie, nie zachęcam aby elegancko przesiedzieć dedykowany czas i wypalić trochę korpolicznika. Z resztą regularność nie zakłada częstych powtórzeń. Chodzi bardziej o to, aby nie ulec pokusie olewania czasu dla drugiego człowieka, bo nawet jeśli wydaje się, że znasz dobrze potrzeby rozmówcy – jesteś w błędzie w ogóle zakładając takie myślenie.

Jest też jedna istotna rzecz w moim przykładzie – relacja z moją córką to układ idealny na linii mistrz – uczeń. Jak sobie zasłużyć w pracy na miano mistrza i jak być wytrwałym uczniem – to osobna kwestia.

About the author

Aneta

View all posts