Jak rozwiązywać konflikty dziecięce? #multitool

Zapraszam do cyklu #multitool , w którym pokazuję narzędzia zapożyczone żywcem z pracy z zespołami Agile. Bez ściemy, bez koloryzowania, bez filozofowania. Dla niektórych oczywiste, dla innych odkrycie ameryki.

Jeśli jesteś w tej podobno komfortowej sytuacji, że posiadasz dzieci w zbliżonym wieku, a one z kolei odciągnęły ten etap rozwoju, że potrafią się już komunikować, to być może kłótnie i spory są na porządku dziennym, albo przynajmniej tygodniowym. Może jesteś rodzicem, który nie ma innych latorośli, albo są dużo starsze/młodsze, tak że na tego typu konwersację jest już za późno albo jeszcze za wcześnie. Masz za to pewnie inne wyzwanie – dziecko bawi się z rówieśnikami od sąsiadów, przebywa na placu zabaw, albo widuje się z równolatkami znajomych, rodziny, itd.

Nie chce mi się wierzyć, że na którymś z etapów błogiej zabawy (i odpoczynku rodziców) nie dochodzi NIGDY do sprzeczek. Tak to już jest, mamy różne temperamenty, charaktery, a dzieci to  takie osobowości, które nie zawsze potrafią ugryźć się w język, kiedy ktoś wkurza już na maksa! Nie to co dorośli, my to potrafimy z błotem zmieszać każdego i jeszcze dać sobie po jednym:)

Tego typu zachowania widoczne są zwłaszcza w wieku przedszkolnym. Układ nerwowy słabo przyswaja co można a czego niewolno. Dodatkowo to bardzo intensywny wychowawczo czas, rodzic i opiekun niejako programują małego człowieka, aby rozróżniał dobro od zła i umiał potem stawiać granice. Co zatem można zapożyczyć z pracy w zespołach?

Facylitacja – trudne słowo w każdym wymiarze

Kiedy pierwszy raz zrozumiałam czym tak naprawdę jest facylitacja, w tym samym momencie oświeciło mnie, że nie znajduję żadnego znośnego tłumaczenia na bardziej polskie określenie. O facylitacji w mojej branży mówi się sporo, jeszcze więcej się ćwiczy. Znam wielu ekspertów od nauki facylitacji, znam też teorię, zasady a co najważniejsze – widziałam świetnych praktyków w akcji.

Z praktykami jest jednak tak jak ze świadomym słuchaniem muzyki. Jako słuchacz lubisz mniej lub bardziej dany utwór, ale jako muzyk dostrzegasz też jego strukturę, fakturę i kompozycję. Doceniasz kunszt dopiero jak zasmakujesz własnej twórczości. Bo ławo jest powiedzieć – „Ta piosenka fajnie wpada w ucho”, ale trudniej jest tak skomponować i tak wykonać utwór, żeby odbiorca czuł się nią w naturalny sposób otoczony.

Facylitacja to taka idealna piosenka do samochodu, sprzątania, gotowania, na wakacje. Leci w tle w naturalny sposób a nam łatwiej idzie „właściwa” robota. Być może uczestniczyliście wiele razy w warsztatach, spotkaniach w pracy, szkoleniach, zebraniach w szkole dzieci, ba! w spotkaniach przy sałatce jarzynowej u cioci, które jakimś dziwnym sposobem przebiegały rzeczowo, szybko, ciekawie i jeszcze do tego z wrażeniem, że to nie był w ogóle zmarnowany czas. Jeśli tak – gratuluje! Trafiliście prawdopodobnie na dobrego (wyszkolonego lub naturalnego) facylitatora. Jego prowadzenie i kontrolowanie spotkania sprawiało, że każdy wyciągał sens dla siebie i nie patrzył co minutę na zegarek. Pomyślcie jak dynamicznie wzrasta prawdopodobieństwo porażki, jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie zmienne w tej układance -różnorodność charakterów, osobowości, okoliczności przyrody, pora dnia, roku, miejsce… Doskonały facylitator to mistrz ceremonii, jest w stanie wyjść na wyżyny ludzkiej empatii i tak poprowadzić spotkanie, żeby nikt nie poczuł się pominięty czy eskalowany. A do tego całość spotkania spotyka się z celem i zostają wyciągnięte wnioski.

Facylitacja dla rodzica to bułka z masłem

Własnie na poziomie rozwiązywania konfliktów. Obiecałam narzędzia, a za bardzo się „rozgadałam”. Toteż już się poprawiam. Będzie bardzo proste narzędzie, bardzo zwinne i sprytne, bo pozostawia rodzica w odwrocie, ale można zawsze wrócić do akcji.

Scenka: dwoje 4-latków po długiej zabawie w pokoju zaczyna wyraźnie spierać się o prawo własności do zabawki. Przybiegają do rodziców, zajętych oglądaniem filmu. Co możemy zrobić?

  1. Pauzujemy film, idziemy do pokoju, pytamy z uwagą o którą zabawkę poszło i dlaczego akurat taka zabawka jest najcenniejsza. Tłumaczymy jednemu i drugiemu, że należy się dzielić, albo że ta druga jest bliźniaczo podobna. Dzieci wydzierają się jeszcze bardziej, bo żadne nie chce ustąpić.
  2. Pauzujemy film, bo krzyki są takie głośne, że nie ma szans na usłyszenie dialogów. Poza tym sami krzyczymy: „Do co tam się stało? Możecie się uciszyć?”. Oczywiście nikt się nie ucisza, jest jeszcze gorzej, każdy krzyczy na miarę swoich możliwości. Rozwiązujesz konflikt separując dzieci (jeśli obie pociechy są własne) lub odsyłasz kolegę do domu. Masz po filmie, bo musisz go odprowadzić przed czasem do sąsiada.
  3. Nie pauzujesz filmu, ale szybko przybiegasz do pokoju dzieci i robisz ekspresowy osąd kto jest bardziej nieustępliwy. Oczywiście Twoje dziecko, bo skoro jest gospodarzem to MUSI się zachowywać kulturalnie i MUSI ustąpić gościowi. Mówisz więc zdecydowanie: „Jasiu, nieładnie się nie dzielić, oddaj figurkę Luke’a Skywalkera Antkowi” po czym dodajesz prawie na odchodne: „Zobaczysz, on też Ci nie pozwoli się bawić swoim Darth Vaderem, jak go odwiedzisz”. Jaś płacze dotkliwie, Antek jest zdezorientowany. Tobie uciekł wątek w filmie, ale przynajmniej już się nie kłócą i jest spokój.
  4. Wyłączasz film. Dzieci są jednak najważniejsze i chytry plan obejrzenia pełnego odcinka bez przerywania był jednak zbyt szalony. Idziesz do pokoju, uważnie wysłuchujesz obu stron. Argumenty nie są zbyt ambitne, ale nie dajesz poznać po sobie, że obierasz którąkolwiek ze stron. Wiesz, że dzieci mają głos, toteż nie wdajesz się w mędrkowanie na tym etapie. Wymyślasz kreatywnie jakąś zabawę, w której można wykorzystać figurki ze Star Wars przez obie strony. Albo zostajesz z nimi i szukasz innego rycerza Jedi w pudle, albo czegoś fajnego, nowego, co pozwoli zapomnieć lub będzie równie atrakcyjne. Zostajesz z dzieciakami i bawisz się w Gwiezdne Wojny do kolacji.
  5. Pauzujesz film w takim momencie, żeby nie stracić wątku. Pytasz młodzież co się stało, po czym wysłuchujesz bardzo prawdopodobnej odpowiedzi: „Mamo, on mi zabiera Luke’a, ja się teraz chcę bawić Jedi”. „Ciociu, teraz moja kolej na jasną stronę mocy”. Nie masz pojęcia kim jest Luke. Nie obczajasz tego całego gangu Gwiezdnych Wojen, z resztą nie jesteś pewna czy to chodzi o Gwiezdne Wojny czy może o Harrego Pottera. Tym bardziej nie masz ochoty na wdawanie się w tłumaczenia i argumenty. Spokojnym głosem stawiasz więc polecenie: „Nie mam pojęcia o jakiego Luke’a chodzi, powinniście się dogadać sami. Ja Wam nie pomogę, nie wiem kto ma rację”. Odprowadzasz młodych do pokoju i  – o ile konflikt nie ociera się o bijatykę – zostawiasz ich samych, informując, że kłótnie nie mają sensu, bo lepiej się bawić i że na pewno znajdą sposób jak rozmnożyć moce Skywalkera (no dobra, coś tam wiesz, przynajmniej jak się Luke nazywał:)).

Jeśli masz ochotę, przetestuj sposoby. Ja jednak zrobię spoiler i będę gorąco zachęcać do praktykowania pomysłu nr 6, chociaż jego odmiany mogą być znacznie inne w zależności od okoliczności.

Nie bądź mędrcem w w pracy, tzn. w domu

Bardzo trudno być sędzią w swojej sprawie i wręcz niemożliwe jest dostrzeżenie swoich słabych cech, jeśli nikt nam o nich nie powie. (Dlatego tak cenne są informacje zwrotne, feedback – ale to zupełnie osobny temat). Nie osiągniemy raczej sytuacji, w której świadomość zachowania będzie totalnie kontrolowana i akceptowana przez ludzi z zewnątrz. Co możemy zrobić? Ćwiczyć skupianie się na konkretnym zachowaniu. W tym przypadku na pozbycie się rodzicielskiego-mędrcowskiego tonu.

W pracy za taki ton możesz stracić autorytet w 5 sekund. Granica pomiędzy sarkazmem a wywyższaniem się nie jest łatwa do odczytania, dlatego zawsze lepiej unikać wymądrzania się, zwłaszcza jak nikt o radę nie prosi.

W domu natomiast wydaje nam się, że jako rodzice mamy pełne prawo do autorytarnego tonu. Przecież jesteśmy starsi o pokolenie i przecież z dziećmi się nie dyskutuje. Tak, ja wiem, że teraz wszyscy wychowują dzieci zgodnie z ideami Korczaka, czy innej Montessori. Wydaje mi się jednak, że na co dzień zapominamy w momencie o czym uczyli ci wybitni pedagodzy. Dlaczego? Bo chcemy mieć problem z głowy i w spokoju obejrzeć zaczęty film.

Tymczasem proszę, zrób eksperyment w iście samo-organizującym się stylu – zostaw tę dyskusję zainteresowanym. Przedszkolaki lepiej wiedzą o co się pokłócili, jak przebiegała akcja i kto rzeczywiście komu jest coś dłużny. Święty spokój i szybkość reakcji to jedno, ale najważniejsze to:

samodzielność w stresującej sytuacji

Apeluję wręcz do ciebie rodzicu! Apeluje do ciebie początkujący menadżerze! Nie rób ze swoich podopiecznych ludzi ułomnych, ograniczonych i niesamodzielnych! To kardynalny błąd – jak to lubię mówić – nie tylko dla Waszej rodziny, ale dla całego społeczeństwa. Mądry rodzic i lider wie, że zdecydowaną większość sporów można rozwiązać absolutnie bez osoby trzeciej, bez mediatora. Bycie mediatorem jest kuszące, bo wydaje się, ze przyniesie szybszy efekt. Błąd, błąd, błąd! On ten efekt przyniesie krótkowzrocznie, bo podobna sytuacja pojawi się szybciej niż myślisz. Zostawiając meritum rozwiązania konfliktu osobom zainteresowanym, uczysz ich samodzielności, wprowadzasz w dorosłość. Zostawiasz owszem w stresującej sytuacji, ale – ty dobrze wiesz – to dopiero początek nerwowych chwil, przed nimi całe życie w szkole, w pracy, w związkach. Nie ma powodów, żeby równolatkowie nie potrafili się dogadać na swoim poziomie. Nie zwalnia cie to też z wychowywania 1:1, bo o tej sytuacji możemy pogadać przecież wieczorem, w drodze do przedszkola, powiedzieć jakie masz swoje zdanie na dany temat. Bardzo zachęcam do tego typu praktyk, facylitacja jest tu podstawą, bo nie wchodzisz w ocenę, relację, nie stoisz po niczyjej stronie ani też nie jesteś guru. Obserwujesz tylko i sugerujesz co należałoby zrobić. Należałoby – bo być może konflikt w ogóle nie jest wart rozmowy i już wszyscy o nim zapomnieli zanim kurz opadł.

Jakie zatem najprostsze narzędzie?

„Porozmawiajcie o tym sami, dogadajcie się, wytłumaczcie sobie wszystko. Ja się z Wami nie bawiłam, więc nie mogę Wam pomóc.”

Ciekawa jestem czy u was zadziała.
Dziwne, u mnie działa 🙂

About the author

Aneta

View all posts