Dlaczego jeżdżę do pracy rowerem?

Rower. Prosta sprawa – dwa kółka, rama i kierownica. Marzenie każdego dziecka, a wśród osób z mojego pokolenia wyśniony prezent komunijny, potem szczyt marzeń aby uskładać na BMS-a lub “górala” z marketu.

Kiedyś – popularny na polskich wsiach wśród emerytów i dzieci. Dziś – częściej widziany na miejskich drogach wśród tzw. klasy średniej. Nie jestem roweroholikiem, niestety nie kusi mnie wydanie porządnej sumy na wypasiony rower. Nie jeżdżę też rekreacyjnie, nie zdobywam kontynentów na dwóch kółkach, nie wjeżdżam też na nich na Turbacz. Nic z tych rzeczy i nic z tych ambicji. Rower jest dla mnie jak przyjaciel – widujemy się niemal codziennie, ale nie zawsze chcę spędzić z nim wakacje. Powierzam mu sekrety ale nie zawsze znajdę zrozumienie. Jest moim wsparciem ale czasem przeliczam się w jego możliwościach. Jedno jest pewne – jest ze mną na dobre i na złe, niezależnie od nastroju, pogody i pory roku. I nie obraża się, kiedy chcemy od siebie trochę odpocząć.

Dla mnie osobiście rower to towarzysz ewolucji mojego życia zawodowego, rodzinnego, to partner w trudnych chwilach i przyjaciel w smutkach. Dlaczego? Zaraz wytłumaczę.

CZAS

Wiemy, że czas to pieniądz. Wraz z nadejściem kapitalizmu jest nam wpajana ta maksyma na każdym kroku. Dla mnie rower to powód, dlaczego w pewnym momencie zdecydowałam się zmienić pracę. Łatwiej było mi zmienić pracodawcę niż mieszkanie, a zrozumiałam, że priorytetem jest dla mnie taka odległość do pracy, która pozwoli na w miarę komfortowe dotarcie i powrót. Powyżej 10 km już zaburza się harmonia dojazdu, zwłaszcza kiedy trzeba zdążyć na konkretną godzinę.

W związku z realizacją priorytetu A (przesiadka na rower) zrealizowałam priorytet B, którym jest skrócenie dystansu praca-dom. Bezpośrednią korzyści dla wszystkich był fakt, że wychodzę z domu godzinę (!) później niż korzystając z jazdy samochodem.

Nie oznacza to, że pracę mam ulicę dalej. Nie oznacza też, że autem jechałabym dużo dłużej, lub że nie mam połączenia komunikacją. Oznacza to, że rower pozwala mi zdecydować ile CZASU chcę poświęcić na dojazd. Jeśli chcę pojechać rekreacyjnie w wiosenny poranek – mogę zwolnić. Jeśli zaspałam i jestem prawie spóźniona na spotkanie – mogę “przycisnąć” i jechać szybciej. Jedynym czynnikiem, który ma wpływ na czas dojazdu są mniej lub bardziej korzystne zmiany świateł lub (zdarzyło się) usterka w rowerze. Poza tym – wszystko zależy od mojej kondycji i samopoczucia.

NIEZALEŻNOŚĆ

Powinnam od tego zacząć. Nic nie daje w komunikacji większej niezależności niż rower. Z oczywistych alternatyw – samochód, odpada w przedbiegach. Jest mocno zależny od paliwa, które nawet jeśli byłoby jakimś cudem darmowe, to ciągle pozostaje kwestia czasu spędzonego na tankowanie i myślenie o migającej kontrolce rezerwy. Rower jest “parkowalny” praktycznie wszędzie – nie wymaga większego nakładu na znalezienie czegokolwiek do przyczepienia, a samo zapięcie kłódki można zoptymalizować do kilku sekund. Samochód to często korki, zwłaszcza takie, z których nie da się już wybrnąć (wypadek na obwodnicy miasta? katastrofa poranka). Rowerem, bez łamania przepisów można przeciąć wiele skrzyżowań, drogi rowerowe często są rysowane pod prąd, a ominięcie korka środkiem jezdni jest już moim klasykiem na ulicy wyjazdowej z osiedla.

Komunikacja miejska? Owszem, korzystam. Jej główną zaletą jest wykorzystanie czasu na czytanie książek. Poza tym musimy pamiętać, że nawet jeśli tramwaj jeździ co 5-10 minut w godzinach szczytu, to właśnie ta minuta spóźnienia na przystanek spowoduje stres i nerwy, kiedy zobaczymy odjeżdżający pojazd. Do tego dochodzi czas na dotarcie do i z przystanku. Rower to najczęściej opcja door to door.

PIENIĄDZE

Rowerzyści doskonale znają tego bardzo popularnego mema:

Tak oczywiste, że bardziej się nie da. Jednak pomijając oczywiste oszczędności, chciałam nawiązać do jeszcze innego aspektu finansowego. Skoro wspomniałam już, że czas to pieniądz, pomyśl ile można stracić jeśli przez spóźnienie na autobus lub korki nie zdążysz na ważne spotkanie biznesowe, ominie cię zebranie, na którym omawiana jest strategia lub w najlepszym przypadku – poczujesz się niezręcznie gdzie jako kluczowa osoba wbiegniesz spóźniony i zbierzesz hejterskie spojrzenie zebranych.

Pieniądze to też dodatkowa godzina w żłobku, za którą trzeba zapłacić, stawka dla niani po godzinach. To też często pieniądze z utraconych możliwości, tak dobrze znanych w mikroekonomii – np kiedy przez długi dojazd na spotkanie nie udało się dotrzeć do klienta, zdążyć na konferencje itd itp.

ZDROWIE

Można by skorzystać ponownie z mema z poprzedniego paragrafu. Również nie ma czego komentować, ale warto dodać, że poranna dawka energii wyzwala w nas endorfinę, adrenalinę, kortyzol. Dzięki temu nie piję rano kawy – wolę napić się wody i zjeść śniadanie. Jeśli chcemy pocisnąć trening, taka jazda do pracy i z powrotem w pełni zastąpią wyjście na siłownię na trening wysiłkowy.  Spalane kalorie to jedno, dawka kardio (dla chętnych) to drugie, ale trzecie – drogie koleżanki – zgrabne nogi, redukcja cellulitu, opalenizna latem! Wystarczające argumenty za ruszeniem się na siodełko:)

HART I EDUKACJA

Pewnego razu, kiedy moja niespełna 2-latka wkładała kask rowerowy w szatni w żłobku, jeden z rodziców zagadał (bardzo serdecznie i z żartem), że musi się chyba też przesiąść na rower, bo mały Jaś ciągle “lowel” i “lowel”. Tak się składa, że nasza Starsza dosyć wcześnie zaczęła mówić i być może żłobkowym grypsem dogadała się z owym Jasiem, że ma swój różowy kask i swoją pelerynkę i mamusia przyjedzie na lowerze. Możecie sobie wyobrazić jaką miałam satysfakcję na samą myśl, że te małe bąki, ledwo z pieluch wyrosły a już dyskutują jak najfajniej jest przyjechać do żłobka. Być może Jaś przekonał tatę, przyznaję, że nie wiem jak się ta edukacja skończyła.

Satysfakcja z hartu ducha i ciała (nie tylko mojego) jest dodatkowym bonusem do rowerowej codzienności. Z reguły musi być naprawdę paskudna pogoda, aby zrezygnować z roweru. Zwykle wozimy się w pelerynach, kaloszach, specjalnych gumowych sztormiakach. Zo ma kaptur pod kaskiem, a ja często jadę z parasolem. Wożenie dziecka w krzesełku daje mu dawkę świeżego hartowania ciała i ducha. Często śpiewamy piosenki o deszczu, wietrze, rozmawiamy o tym “że całe szczęście nie jesteśmy z cukru”. Dla nieprzekonanych – wozimy się tak rano (ok 8.00), wozimy wieczorem, na basen i po basenie (oczywiście zima już odpada). W ogóle jazda z dzieckiem rowerem to taka magiczna bliskość, czas na dyskusje, śpiewanie piosenek, masaże pleców 🙂 Pokazujemy dziecku, że nie ma złej pogody, jest tylko złe ubranie. Że pogoda nie będzie decydować o naszym nastroju, że zawsze jest opcja, że najważniejsze to być razem. Wiem, że może mam szczęście, ale nie zauważyłam żeby Zo chorowała częściej niż inne dzieciaki. Może więc jednak zahartowanie, jak to babcie radziły? Oczywiście nie jesteśmy psycho-fanatyczkami. Zawsze mamy odpowiednie ubranie, dbamy o zakrywanie pleców, zapinamy pasy, włączamy światła.

WADY. DELTA.

Na podstawie wielu dyskusji zebrałam podstawowe argumenty, że rower to nie zawsze dobre rozwiązanie. Owszem. Nie zawsze. Są natomiast rady jak sobie poradzić z problemami.

  1. Spocę się. A i owszem, czasem do majtek. Jeśli jednak masz w pracy i w domu prysznic, to problem z głowy – wystarczy mieć coś na przebranie, czasem wystarczy tylko t-shirt. W 90 % przypadków prysznic nie będzie potrzebny. O ile droga do pokonania jest w miarę prosta, parokilometrowa a jazda spokojna – nie bardzo jest możliwość uronić kroplę potu. Jeśli sytuacja jest podbramkowa – prysznic raczej konieczny, ale jeśli to droga do domu – będziemy się odświeżać już w swojej łazience.
  2. Deszcz. Śnieg. Wiatr. Pisałam już o tym wcześniej – nie ma złej pogody, są złe ubrania. Poza bardzo ekstremalnymi warunkami, prawie każda pogoda jest dobra na rower. Od paru sezonów w miastach już odśnieżane są drogi rowerowe, są więc w pełni bezpieczne. Zimno? Zawsze przywołuję przykład jazdy na nartach – jakoś nikt nie narzeka, że uprawiamy sport na śniegu zimową porą. Czy komuś jest zimno? Nie! Taka sama zasada panuje przy jeździe na rowerze – nasze kończyny są w ruchu, nie ma ryzyka chłodu.
  3. Choroby i inne takie. Nie ma co bawić się w żołnierza – jesteś chory – zostajesz w domu. Coś Cię bierze – rzeczywiście można niepotrzebnie dołapać kataru. Wybierz auto jeśli możesz, w komunikacji miejskiej twoje wirusy jeszcze bardziej się zmutują i przy okazji rozprzestrzenią na innych. Inne takie – no ze złamaną nogą i ręką nie pojedziesz, fakt. Z bólem zęba często też nie. Myślę jednak, że to indywidualna sprawa, ja bez problemu jadę rowerem w “te dni”, ale wiem, że dla wielu dziewczyn to nie do przejścia. Jeździłam też w ciąży – nie było lekarskich przeciwwskazań, ale moja ówczesna szefowa w trosce o nasze zdrowie kategorycznie mi zabroniła pedałować w zaawansowanej ciąży, więc musiałam zrezygnować 🙂 (pozdrawiam!)
  4. Inwestycja. Rower oczywiście. Opony, dętki, zapięcie, koszyk. Przegląd i renowacja. Tutaj jak z samochodem – sky is the limit. Możesz wydać 0 zł a możesz i pięć zer. To zero złotych piszę świadomie, bo swój najdłużej towarzyszący rower znalazłam na śmietniku w Belgii. Jeździłby bez remontu, no ale To nie pozwoliłby mi na korzystanie bez przeglądu. Mój kochany rower był ze mną (dosłownie!) 10 lat!
  5. Przewożenie rzeczy. Tak, to nie ciężarówka. Jeśli chodzi o towar żywy – sprawdzają się foteliki oraz przyczepki (zwłaszcza dla najmniejszych). Jeśli chodzi o towar martwy – sakwy na tylne koło, koszyk na przednie, bagażnik. Opcji jest wiele. Znam osobę, która rowerem potrafi przywieźć z Biedry zakupy dla 4-osobowej rodziny. Ja preferuję miejski chic, więc jadę z normalną damską torebką (którą wkładam do koszyka). Czasem zakładam plecak (ale to wyjątkowa opcja – niepotrzebnie obciążamy plecy).

Kocham rower!

 

About the author

Aneta

View all posts