Continous Delivery czyli dlaczego noworodek to szaleństwo dostarczania.

Zdaje się, że skoro z jakiegoś powodu czytasz ten post, gdzieś w Twoim otoczeniu znajduje się, znajdował się lub będzie się znajdować młody człowiek ultra wczesnej fazy, zwany też noworodkiem.

Większość doświadczonych rodziców (wbrew temu, co w słodkości serwuje nam Instagram lub kiedyś tak bardzo popularne zdjęcia studyjne małych bąków Anny Geddes) przybije mi piątkę, kiedy napiszę: O Niebiosa, całe szczęście że “to” trwa tylko 4 tygodnie. Niestety (i tutaj niedoświadczeni niech lepiej nie czytają) “to” nie kończy się magicznie po upłynięciu czwartej tygodnicy porodu. “To” wchodzi płynnie w inny etap, tylko jakoś tak otoczenie dostrzega, że dziecię nabrało masy i wigoru. I oczy w końcu otworzyło.

Tekst trochę prowokuje na pewno nie edukuje, bo o Continous Delivery wiem tyle ile mi dane było podsłuchać i teoretyzować. Nie mam żadnej wiedzy praktycznej w ciągłym dostarczaniu kodu, pipeline’ami zajmują się programiści a merdżowanie do mastera jest zaleceniem lekarskim doktora Devopsa.

Natomiast mając dwoje dzieci na liczniku, jestem ekspertem od Continous Delivery, jakie funduje każdego dnia noworodek. Tekst ten zatem kieruję (być może) do Ciebie ojcze programersie, matko kołczu, wujku testerze i ciotko menadżerko. Jeśli kiedyś wydawało Ci się, że wprowadzenie CD w swoim zakładzie lub chociaż w brygadzie jest organizacyjnym lub technologicznym wyzwaniem, uwierz mi, że po 4-tygodniowym szkoleniu u noworoda będziesz wiedzieć więcej niż niejeden guru IT.

NOWORODEK STALE DOSTARCZA

Przyziemnych, utrzymaniowych prac. Jest ich masa. Dosłownie masa – pampersy liczone w kilogramach, o różnej zawartości. Dostarczenie najczęściej odbywa się 24/7 z bardzo randomową częstotliwością. Paradoks polega na tym, że gdy rzeczonej masy dostarczanej jest mało, to również powód do niemalże natychmiastowych prób usunięcia tego bug’a z produkcji. Polecana wizyta u pediatry.

Mały człowiek aby dostarczać masę, potrzebuje jej wyprodukować. I tutaj my, zupełnie zieloni w branży rodzice musimy stanąć na wysokości zadania i pokarm zdobyć oraz dostarczyć. Ci, którzy wygrali los na loterii mogą cieszyć się od pierwszych dni jedynym znanym mi w przyrodzie zjawiskiem perpetuam mobile (zupełnie niezgodnym z prawami Newtona i Einsteina) jakim jest sprawnie działająca laktacja. W tym przypadku mózg matki zaprogramowany wcześniej funkcją “dać mleko” obdarza noworodka rzeką niekończącej się lawiny najzdrowszego pokarmu ever, mały bąk otrzymawszy sygnał z serwera “ssanie” momentalnie wie jak owy pokarm wydobyć, a w międzyczasie matka magazynuje nadprodukcję, aby móc cieszyć się wolnością i dotychczasowym życiem.

Jakoś dziwnie mało znam takich przypadków. Częściej ciągłe dostarczanie pożywienia wiąże się z litrami nie pokarmu a łez, okraszonych tekstem “nic nie leci”, “jezu, jak to boli!”, “zaraz mnie zaleje od tego mleka”, “mam dość tego ssania”, “niech zassie porządnie bo zaraz mi cyc wybuchnie”, “dlaczego chce jeść co 3 minuty”, oraz “wszyscy mnie oszukali!”. Potem w wersji matka-dostarczycielka dochodzą jeszcze: “tak tęsknię za wieczornym winkiem”, “tak wyjechać na dwa dni bez laktatora..”, “jeszcze kiedyś pójdę na imprezę bez wkładki laktacyjnej” oraz (niestety) “ach, kiedyś w seksie były też cycki…”

To wersja dla cyckujących mam, które dostarczają wisielcom pożywienia w najbardziej zaawansowanym trybie CD. Co z butelkowymi? Łatwiej? A gdzie tam! Pomijając aspekt trendów na rynku (“każda szanująca sie organizacja produkująca oprogramowanie, MUSI dostarczać w trybie ciągłym i bez przestojów” = “każda kochająca matka/rodzic MUSI dostarczać pokarm z piersi i tylko z piersi, bo każda forma mleka sztucznego to trucizna i skazywanie dziecka na zapalenia wszystkiego, choroby, alergie i co-tam-jeszcze. Poza tym będziesz gruba”) to dochodzi mozolna praca pomywaczko-kuchty. Bo otóż aby dostarczyć musisz mleko a)przygotować b) opakowanie umyć i wysterylizować c) pokarm kupić d) mieć zawsze ze sobą pełen ekwipunek. I tak na okrągło. Ciągłe sprawdzanie czy mleko dobrze dobrane, czy kupa aby dobra, czy nie ulewa. Acha, zapomniałam dodać – cycki z reguły trzeba powstrzymać od produkcji. Terrorystów laktacyjnych również (nie wiem co gorsze).

Małe (liczone co najwyżej w tygodniach) dziecię dostarcza też czegoś nienamacalnego. Stale dostarcza TROSK. Codziennie obserwujesz czy ta wysypka to alergia, potówka a może trądzik? Czy płacz (który nota bene zasługuje na odrębny rozdział bo dostarczany jest all day and night long) spowodowany jest głodem, strachem, bólem czy zwykłą nudą? Jako rodzic debiutant największą troską są myśli “jak ja ogarnę kruchość i delikatność tych 50paru centymetrów”. Troski są codziennie ale utrzymanie dosyć proste – wchodzą w codzienność i rutynę każdego kolejnego dnia.

Jakie mamy zatem korzyści z Continous Delivery? Można by rzecz biznesowo – czy produkt/usługa jest do zmonetyzowania? Kontrowersyjne? Jak i całe rodzicielstwo. Bo noworodek to ciągłe dostarczanie jeszcze czegoś – EMOCJI. A te bywają skrajne. A tych nie da się łatwo opisać. A przychodzą falą i odchodzą jak letnia burza. Młody rodzic tuż po porodzie dostaje bombę emocjonalną. Matki dodatkowo wspierane uderzeniową miksturą hormonów. Emocje są skrajne – od najintensywniejszej dawki miłości (serio- nie wiem czy zdarzyło mi się kiedykolwiek czuć coś podobnego jak w tym momencie, kiedy pierwszy raz dotykałam moich dzieci dopierótko co wydostanych z brzucha) aż po ogromną złość i niemoc, kiedy po nieprzespanych godzinach zupełnie nie wiadomo co zrobić z plączącym maluszkiem.

Emocje będą dostarczane cały czas – i całe szczęście! Nie wiem jak moglibyśmy opierać rodzicielstwa tylko na zwierzęcym instynkcie. Może byłoby łatwiej? Ewolucyjna opieka nad potomstwem, nic więcej. Na szczęście ludzie potrafią odczuwać i programować potomstwo na swój obraz. O tym czego nas uczą małe dzieci i jak to przekłada się na pracę z ludźmi – innym razem. Albo innym razami.

About the author

Aneta

View all posts