Cierpliwość… najbardziej deficytowy surowiec w zarządzaniu.

Bardzo filozoficzny temat, wpis, motyw. Aż chciałoby się rzec: „w dzisiejszych czasach”, albo „kiedyś było inaczej”.

W zasadzie to nie wiem czy to chodzi o 2019 rok, w którym obecnie się znajduję, czy o czasy instant. W zasadzie to nie wiem czy to kwestia jakichkolwiek czasów, bo moja pamięć osobista sięga „jedynie” PRL-u a wiedza historyczna obarczona jest ogromnym wpływem przekazującego.

Może kiedyś też ludzie byli niecierpliwi i narzekali, że świat za bardzo pędzi do przodu. Że czas leci tak szybko, bo tyle rozrywek dookoła (to ci z miasta) i tyle obowiązków (to ci ze wsi). Nie wiadomo kiedy wieczór nastaje, tyle do zrobienia, a dzieci i dolegliwości zdrowotnych coraz więcej.

Nie to co człowiek z XXI wieku, który otacza się elektroniką i nie musi właściwie niczego robić, bo maszyny go wyręczają. Może się nudzić do woli. Nawet wie jak to zrobić, żeby dzieci nie zrobić 🙂 Generalnie kraina marzeń dla człowieka z przeszłości.

Myślisz, że wyczerpały Cie się pokłady cierpliwości?

Jeśli tak, to spróbuj nauczyć dziecko czegoś, co dla dorosłej osoby jest trywialne. Jazda na rowerze, tabliczka mnożenia, picie wody z bubka. Informowanie o której się wróci z imprezy 🙂

Wtedy najlepiej zrozumieć, że pokłady cierpliwości potrzebne do wdrażania jakichkolwiek zmian w swojej organizacji są „o takie malutkie”. Z tą tylko różnicą, że co innego wzbić się na wyżyny kreatywności i spokoju w imię sprawy lub osoby, którą się kocha najbardziej na świecie, a co innego w sytuacji, gdy ma się serdecznie dość pracodawcy…

Mówiąc o skrajnościach, może warto się zastanowić czy nie poszukać złotego środka.

Między niebem a piekłem

Nikt nie zachęca do poświęcenia się absolutnego w imię firmy. Nawet swojej, (chociaż często się słyszy, że własny biznes to jak osobiste dziecko). Mało tego – mądry pracodawca będzie odbierał jako czerwone światło wszelkie wyrazy bezwarunkowej miłości do firmy. Na szczęście nie musimy pracować ani dla sekt ani dla systemów totalitarnych.

Z drugiej strony mamy właśnie dzieci – te osobiste, kochane, wyczekane. Cuda świata. Mimo, że nerwy rodzica są wystawiane na próbę wiele razy w ciągu dnia (i nocy) to i tak nie ma większej miłości niż to uczucie do prywatnego potomka. W imię tego zakochania odpuszczamy własne zasady i naginamy postanowienia. Często też rezygnujemy z innych (jak się okazuje mniejszych) atrakcji i pasji życiowych.

W tych dwóch skrajnościach znajduje się cała paleta barw wystawiających na próbę naszą cierpliwość. Jak szkolić się w tym szalonym stanie?

Tu i teraz

Niesłychanie trudna sztuka. Oderwać się od ograniczeń, przekonań, często od obowiązków. Zająć się prawdziwym celebrowaniem cierpliwości. Kilka wskazówek poniżej:

1. Nerw skacze – złap go i uduś.

Sztuka do wytrenowania. Zła wiadomość jest taka, że to najtrudniejsze zadanie, zarówno z współpracownikami jak i z dzieckiem. Nie wiem w zasadzie czy ma wiele wspólnego z Agile. Bardziej z techniką opanowywania swoich emocji. 

Kiedy nerw skacze do poziomu „I don’t care” mamy dwie proste ale skrajnie różne drogi. Albo my go udusimy brutalnie w tym dokładnie momencie albo pozwolimy mu udusić siebie. Nie ma drogi pośredniej. Pozwalając mu zawładnąć naszym rozsądkiem i zachowaniem, nie ma wyjścia – już reszta się dzieje całkowicie poza kontrolą.
Opcja numer dwa – udusić brutalnie w zarodku. Dobra wiadomość – to nie jest takie trudne ale wymaga.. ups.. cierpliwości 🙂

Aby zobrazować sytuację, pomyśl, że tłumaczysz dziecko zadanie z rachunków. Proste rzeczy, zakres do 10. Nawet jeśli zdarzyło ci się być w szkole tzw. „humanistą” i matma nigdy nie była ulubionym tematem, to umówimy się, dodawanie i odejmowanie do dziesięciu jest trywialne.

Przestaje być, kiedy trzeba wytłumaczyć takie zadanie domowe wyjątkowo opornemu i niecierpliwemu dziecku.

Na początku ambitnie – mamy wiele entuzjazmu. Przecież kto jak kto, ale ja to w pracy nie takie rzeczy tłumaczę. I to dużo mniej otwartym głowom. Dam radę. Schody pojawiają się, kiedy wyciągnąwszy wszystkie przykłady – jabłka, cukierki, pieniądze, zabawki, dziecko ciągle nie potrafi abstrakcyjnie odjąć 3 od 7.

Wtedy pojawia się on – mistrz niecierpliwości. Masz ochotę rzucić to w kąt, odrobić zadanie za dziecko i zyskać święty spokój.

I wtedy pojawia się ona – idea mówiąca – „o tak, to, czas na trening cierpliwości!”

2. Trenuj na żywym organizmie

Czyli na sobie! Brakuje Ci spokoju, chcesz się poddać a przez to obrać drogę na skróty. Metod jest kilka, na pewno znajdziesz coś dla siebie. Przykłady:

  • głęboki oddech
  • spojrzenie w górę
  • zamknięcie powiek
  • przeklnięcie w duchu
  • zaciśnięcie na chwile pięści
  • pstryknięcie palcami

Jakieś inne sprawdzone sposoby? Ważne jest, aby przetrwać moment kulminacyjny. I trenować. Ciągle, za każdym razem pamiętać, że tylko trening czyni mistrza.

3. Celebracja zwycięstwa

Prędzej czy później uda się rozwiązać wszystkie działania matematyczne, ruszyć rowerem bez bocznych kółek, wypić wodę bez rozlania. Większe lub mniejsze sukcesy, które zawsze trzeba celebrować! Ty rodzicu wiesz najlepiej jaki sposób celebracji wybrać, zwykle zrobisz to spontanicznie. Celebracja to nie nagradzanie medalem. Ważna różnica, zwłaszcza jeśli pomylimy i będziemy nagradzać za odrabianie lekcji! Tego nie róbmy, bo obowiązek jest naturalną sprawą, nikt jednak nie ucierpi, kiedy przybijemy piątkę, powiemy „Dobra robota!” lub spontanicznie przytulimy.

No dobra, a w pracy to mam też im piątki przybijać?

Pewnie w większości firm będziesz wzięty za szamana, lub w najlepszym wypadku za idiotę. Dlaczego jednak nie przenieść treningu cierpliwości na pole pracy lidera? Zwinnego lidera, który jest otwarty na zmiany i eksperymenty.

Jak pisałam na początku, miłość do dziecka i jego wychowanie jest priorytetem, nie dającym się porównać do żadnej relacji w biurze.

Dobra wiadomość dla osób posiadających dzieci jest taka, że trenując na nich mamy o niebo łatwiej w pracy. Dla dzieci możemy poświęcić wiele (jak nie wszystko), więc te wszystkie wytrenowane pokłady cierpliwości wystarczy przełożyć na życie w swojej organizacji.

I tutaj jest miejsce na zwinność. Dlaczego? A to dlatego, że trzeba się będzie pogodzić z faktem, że nie zawsze będzie kolorowo i że nie od razu Kraków zbudowano. Że czasem spotka nas za to wrogie spojrzenie współpracownika, że trudniej nam będzie dobrać odpowiedni język i że empatia będzie wielkim wyzwaniem. W końcu nie musimy kochać swojego szefa czy kolegi. Mało powiedziane – możemy zupełnie bez ściemy go nie lubić.

Zwinność w wymiarze cierpliwości w pracy to moment na eksperymenty. Szczególnie trudne, jeśli nie jesteś liderem technicznym i żaden argument wiedzy czy starszeństwa nie pomoże w argumentacji.

Spokój i opanowanie emocji to ten sam mechanizm, którego używamy do dzieci. Z tą różnicą, że z pracy zawsze możemy się odciąć, a w domu nie bardzo.

Idealnie byłoby połączyć obie płaszczyzny i trenować cierpliwość w jednym i drugim środowisku. Robisz tak? Ja zawsze! To dozwolone eksperymenty na żywych organizmach 🙂

 

 

 

 

About the author

Aneta

View all posts